Musi się coś zmienić!

Trzy tygodnie temu na deon.pl pojawił się artykuł o. Kołacza SJ o tym, że Kościół po pandemii nigdy już nie będzie taki sam. W stu procentach zgadzam się z tą tezą, patrząc na Kościół po pandemii z pespektywy księdza w niedużym mieście, w małej diecezji. Nie trzeba zresztą być nie wiadomo jak bystrym obserwatorem rzeczywistości by do podobnych wniosków dojść. Po przeczytaniu tego artykułu chciałoby się jednak dopowiedzieć kilka słów.

Popieram w całej rozciągłości kwestię potrzeby rozwoju nowych form duszpasterstwa. Popieram pogląd, że pandemia „urzeczywistniła” liczbę wiernych, chodzących do Kościoła, praktykujących wiarę. Uznaje, bo też zauważam, konieczność dalszego korzystania z różnych sposobów docierania do wiernych (także online). Faktycznie wierni potrzebują dziś znacznie więcej niż przed pandemią. Pod opublikowanym tekstem podpisuję się dwoma rękoma. Artykuł kończy się jednak intrygującym zdaniem: „Na tych z nas, duszpasterzy, którzy tego nie rozumieją, czekają już tylko domy księży-emerytów…” i w sumie z tym też się zgadzam. Dostrzegam jednak inny problem. Jeśli artykuł miał pobudzić duszpasterzy do refleksji , miał ich obudzić, by szukając tych nowych form faktycznie odsunęli od siebie wizję „domu emerytów” to obawiam się, że marne na to szanse. Dostrzegam bowiem inny trend. Coraz więcej duszpasterzy wręcz czeka na moment aż będzie mogło pójść do emeryturę i przestać się już zamartwiać o to, co robić by było lepiej.

Pogląd swój popieram obserwacją pewnej tendencji, obecnej na moim „kościelnym podwórku”, ale podejrzewam, że nie tylko tutaj. Pandemia na tyle zmroziła pewne pokolenie księży, na tyle przyczyniła się do zmiany wizji Kościoła, że coraz częściej słyszy się o chęci pójścia na wcześniejszą emeryturę, o chęci odpuszczenia już sobie na całego. Młodzi jeszcze przecież księża (bo wiek emerytalny to często dopiero 75 lat), którzy w dobie po pandemii powinni narzucać pewnego rodzaju rytm działań duszpasterskich zaczynają się wypalać. Odnoszę wrażenie, że jak na dłoni widać potwierdzenie mojej dawnej tezy (opisanej w jednym ze wcześniejszych wpisów na blogu), że pokolenia księży z lat 70 – 90, którzy przyzwyczajeni byli do pełnych kościołów, masowego duszpasterstwa skoncentrowanego na obsłudze liturgicznej (która faktycznie była bardzo konieczna i bardzo czasochłonna) nie nadążają za tym światem, jego problemami i procesem rozwoju. Nie potrafią zrozumieć czemu to wszystko się tak szybko zmieniło a co dopiero zacząć przeciwdziałać negatywnym wpływom na Kościół. Mam wrażenie (mocno podkreślając subiektywizm, który jest podstawową dewizą moich wpisów), że stanęli na wielkiej połaninie, chcą wygłosić kazanie (płomienne jak niegdyś), widzą jednak wkoło pustkę i jedyne o czym myślą to jak stąd uciec. Płonne więc wydaje się apelowanie by coś robić, by się nie poddać, by szukać nowych form itp., itd.

Coś musi się jednak zmienić. I to strukturalnie. Moim zdaniem nadszedł czas by Kościół w Polsce przestał ślepo wierzyć w stare schematy, które owszem były skuteczne i przynosiły owoce jeszcze nawet 10 lat temu, ale dziś prowadzą do niczego. I wcale nie chodzi mi o wiele rewolucje (bo te nigdy nie prowadzą do dobrego), ale o dostrzeżenie pewnych procesów, które trzeba wziąć pod uwagę by coś się zmieniło. Nie oszukujmy się. Kościół, który wychodzi do wiernych tylko podczas wizyty kolędowej (której na pewno już w dotychczasowej formie, bo pandemicznej przerwie, nie odzyskamy) to relikt. Taki Kościół ani nie przyciąga ani nie zachęca. To Kościół bez dialogu. I żeby było jasne nie winię tutaj nikogo. Nie ma tu winnych. Biskupi i księża w takich realiach żyli przez lata. To przynosiło jakieś owoce! Trzeba jednak jasno powiedzieć sobie, że czas na zmiany. Choćby w polityce personalnej. Nie może być tak, że wyznacznikiem tego, ilu księży jest w parafii jest tylko i wyłącznie liczba wiernych na jej terenie bądź ilość godzin katechezy „do obsadzenia”. To zawsze prowadzi do miałkości. Nie przynosi rezultatów. Trzeba wreszcie zdać sobie sprawę z tego, że nie każdy ksiądz do katechezy się nadaje (może jej w szkołach jednak za dużo np. o godzinę w tygodniu?), że nie każdy ksiądz odnajduje się w każdym rodzaju duszpasterstwa. Trzeba dostrzec, że tam gdzie prężnie działają grupy młodzieżowe czy akademickie (a działają!  i nawet pandemia ich nie powstrzymała) potrzeba księdza, który w takim duszpasterstwie się odnajduje. Trzeba dostrzec, że „duża miejska parafia” nie zawsze jest związana z ogromem obowiązków (z mnóstwem grup modlitewnych, form duszpasterstwa) a są czasami miejsca, w których obecność dodatkowego księdza jest wręcz niezbędna. Trzeba dostrzec, że „zmiany duszpasterskie” to nie polityka według zasady „głowa za głowę”, bo po pierwsze schemat już dawno się nie domyka (brakuje powołań) a po drugie dziś potrzeba dobrej oceny potrzeb miejsca i jeszcze wnikliwszej oceny zdolności duszpasterza. Odnoszę wrażenie, że fakt iż przez lata próbowano „kształtować” księży pod linijkę (wszyscy do równa, nikt nie odstaje choć czasami nie dorastają) nie jest dziś żadną przesłanką do planowania duszpasterstwa. Księża są różni, parafie są różne, oczekiwania w różnych miejscach są skrajnie inne. Trzeba zacząć tak to planować i tak o tym myśleć. Tylko w tym klucz do wyciągnięcia stosownych wniosków z lekcji pt. pandemia.

I podpisuję się poniekąd pod wnioskiem, że dla niektórych już tylko domy dla emerytów (tylko mam wrażenie, że się z tego ucieszą). Konieczne jednak by ci, którzy jednak chcą pozostać weszli na nowe tory, dyktowane wytyczonymi kierunkami, które biorą pod uwagę wszystkie te zależności. Bo jak w jednej ze swoich piosenek śpiewa duet rodzeństwa „Kwiat Jabłoni” przychodzi „duszpasterzować” w przeźroczystym świecie („Nic nas nie ziębi ani Nic nas nie parzy Przezroczysty świat Przezroczysty świat Nie ma miłości ani Nie ma rozpaczy Przezroczysty świat Przezroczysty świat”). To nowe wyzwanie dla nowego pokolenia tych, którzy duchowymi przewodnikami chcą się zwać.

Wiem, że zarysowane przeze mnie problemy są opisane bardzo powierzchownie i wiem, że pełno tu jeszcze kwestii do dostrzeżenia (choćby fakt, że świeccy też mają swoje zdanie, mają prawo do decyzji i współdziałania w Kościele), ale to tylko moja spontaniczna odpowiedź na zasygnalizowany artykuł (a może nie odpowiedź, tylko śmiałe dopowiedzenie?). Czas na zmiany.

Dwa listy pasterskie, dwa różne światy…?

W 10. Niedzielę Zwykłą, w tradycyjnej oktawie Bożego Ciała, wierni w Polsce mogli zetknąć się z dwoma listami pasterskimi, które pokazują znacznie więcej niż na pozór mogłoby się wydawać. Pierwszy list – autorstwa Konferencji Episkopatu Polski i drugi list – autorstwa jednego pasterza, arcybiskupa łódzkiego. Oba skrajnie różne w formie, dotyczące zupełnie innych kwestii, skierowane do zupełnie różnej grupy adresatów (tutaj wszyscy katolicy w Polsce, a tutaj diecezjanie). Ktoś uczony powie, że oba te listy różnią się od siebie tak skrajnie w samej istocie, że nie można ich porównywać. Ktoś jednak, tak jak ja, może zauważyć, że „pomiędzy wierszami” oba te teksty pokazują różne wizje (tego samego przecież) Kościoła, a może uściślając różne wizje pasterzowania.

OBA TEKSTY RÓŻNE I WAŻNE
Na początku chcę jasno podkreślić, że oba te teksty są faktycznie istotowo różne (nie tylko tematycznie, ale i formalnie a ta druga kwestia uzależniona jest chociażby od adresata). Chcę też jasno zaznaczyć, że oba teksty są bardzo ważne. W pierwszym przypadku (list KEP) mamy bowiem zachętę do pięknego przeżycia ważnego wydarzenia w historii naszego polskiego Kościoła, jakim jest ponowienie aktu zawierzenia Sercu Jezusowemu. W drugim przypadku mamy list o sprawach diecezjalnych, pokazujący ważną przecież troskę Biskupa o powierzone sobie owce. I pewnie, że minęły już czasy, kiedy za prymasostwa Stefana kard. Wyszyńskiego każde zdanie listu pasterskiego chłonęły tysiące wiernych. Sama chęć choćby takiego kontaktu Pasterzy z wiernymi (czy to w formie ogólnopolskiej czy diecezjalnej) jest jednak istotna.  I wbrew częstym opiniom: ja tam się cieszę, gdy Biskupi chcą przemówić do wiernych także poprzez listy, choć za plecami już słyszę głosy czytających ten tekst, że nie od tego jest czas Eucharystii, że najważniejsze by biskupi spotykali się z ludźmi bezpośrednio a poza tym tych listów, czytanych z ambon i tak nikt nie słucha. Różnice, wynikające choćby z kwestii adresata (biskup diecezjalny może pozwolić sobie mimo wszystko na bardziej osobistą formę) też warte są zauważanie. Mam jednak dziwne odczucie, że faktycznie te różnice pokazują nam o wiele więcej.

STARTUJĄC OD SŁOWA BOŻEGO
To, co od razu rzuca się w oczy to fakt, że jeden z listów (zgadnij który?) zaczyna się od klasycznego rozważenia liturgii słowa tej niedzieli. Wierni przychodzą bowiem do kościoła na Eucharystię. Nie trudno domyślić się, że listy pasterskie najczęściej (bo nie zawsze!) czytane są zamiast homilii czy kazania. Warto więc chyba, biorąc to pod uwagę, pochylić się nad Słowem, które daje Pan. Przecież to On chce przemówić do wiernych w pierwszej kolejności i trzeba Mu to pierwszeństwo zapewnić. Pamiętam kilka listów KEP, które od krótkiego ale czasami bardzo konkretnego rozważania Ewangelii się zaczynały. Tym razem tego zabrakło. Nie chcę wchodzić oczywiście w analizę rozważania, które dla swoich diecezjan przygotował Arcybiskup Łódzki, ale myślę, że każdy kto zetknął się ze sposobem interpretacji Słowa Bożego i formą przekazu Abpa Grzegorza choć jeden raz, może bez chwili zawahania sięgnąć po ten pierwszy akapit listu w ramach codziennej kontemplacji. Przekaz prosty, ale jednocześnie bardzo głęboki. (Muszę mocno zaznaczyć, że nie jestem tutaj nie krztę obiektywny, bo uwielbiam rozważania autorstwa arcybiskupa łódzkiego, a po rekolekcjach które przeżyłem z nim we wrześniu zeszłego roku tylko się w tym moim zachwycie utwierdziłem). Istotny jest jednak fakt, że Arcybiskup od Słowa wychodzi: jest pasterzem karmiącym swoje owce. W liście KEP zabrakło choćby jakiegokolwiek odniesienia do Ewangelii z dnia. Szkoda. Zwyczajnie.

FORMA PRZEKAZU
To, co niezmiennie zachwyca w liście, który mogli w swoich kościołach usłyszeć łódzcy diecezjanie, to forma przekazu treści. To list bardzo bezpośredni, chciałoby się nawet napisać: czuły. To list pełen pięknych i symbolicznych, ale też głębokich zwrotów: „Kochani”, „Wasz Arcybiskup”.          To nie tylko budzi zaufanie, ale w nawet powierzchownym odbiorze przynosi wrażenie, że autorowi listu naprawdę zależy na adresacie, adresat (w tym przypadku przecież niemała grupa) nie jest dla niego anonimowy, a wręcz przeciwnie bardzo ważny. I pewnie, że mocnym kontrargumentem jest tutaj fakt, iż Pasterze Kościoła w Polsce pisali do ogółu wiernych, do wszyscy katolików w Polsce a to wymaga pewnej formalności. Tylko czy faktycznie wymaga? Niezmiennie jest to przecież słowo pasterzy do powierzonych owiec, słowo Następców Apostołów do Ludu Bożego, który mają doprowadzić do zbawienia. Jakoś nie wyobrażam sobie św. Piotra czy Pawła, który takim tonem pisze do powierzonych sobie Kościołów. Zresztą nie muszę sobie wyobrażać, wystarczy zajrzeć do Pisma Świętego (Paweł, który pisząc wprost o swoich przeżyciach w danej wspólnocie kościelnej z rozmiłowaniem wspomina czas spędzony z nimi). Tytuł mojego bloga brzmi: subiektywnie. Subiektywnie więc stwierdzam: przekaz pasterza jest w tym przypadku mi o wiele bliższy od przekazu pasterzy, a obiektywnie trzeba uznać, że naprawdę lepiej słuchać o tym, że „Rzeczy i spraw bieżących jest znacznie więcej niż pozwala powiedzieć charakter listu pasterskiego.” niż o społeczeństwie, które podlega atomizacji wzmocnionej izolacją.

ZNACZENIE TREŚCI
I znowu kwestia nie do porównania, bo tematy listów dotyczą zupełnie czego innego. Budzi się jednak pytanie o to jakie treści woli usłyszeć adresat, czyli Lud Boży (i nie chodzi tu o uleganie trendom, że o rzeczach trudnych nie mówimy, bo będzie źle). List KEP dotyczy kwestii pięknej i ważnej. Akt zawierzenia Kościoła w Polsce Najświętszemu Sercu Jezusa, dokonany 100 lat temu przez Biskupów na początku historii odradzającej się po zaborach Polski był momentem na pewno znaczącym i scalającym naród. Idea powrotu do tego wydarzenia poprzez ponowienie tego aktu jest jak najbardziej słuszna. Tylko czy na pewno wystarczy list, który o tym wspomni i zachęci do dokonania tego aktu? Moim wielkim autorytetem jest Prymas Tysiąclecia. W tym momencie przychodzi mi tylko na myśl fakt, że do zawierzenia Polski w niewolę miłości Maryi w 1966 roku Kościół w Polsce przygotowywał się przez 9 lat nowenny.      9 lat! I to lat ciężkiej, tematycznej pracy według ogólnopolskich wskazówek, które w tamtych czasach były brane pod uwagę w o wiele większej liczbie parafii w Polsce (nie będę udawał, że było idealnie, ale dziś na pewno w tej kwestii nie jest lepiej). Dziś, Kościół wychodzący z pandemii, przez ostatnie miesiące walczył z obostrzeniami, szukał sposobów na wyjście z patowej przecież sytuacji, nadal „odszukuje tych, którzy się oddalili” i nie wydaje się być przygotowany na świadome odnowienie tego aktu (może obserwuje to wszystko z dużą dawką pesymizmu), choć list pasterski wspomina o miesiącach przygotowań (hmm…). Uczę w szkole i jestem w pełni świadomy tego, że dzisiejsza młodzież nawet nie wie, kiedy przypada Uroczystość Serca Jezusowego. Za każdym razem, co roku w czerwcu staram się tłumaczyć, o co w kulcie Serca Jezusa chodzi, a i tak nie wydaje mi się by byli gotowi na „Akt zawierzenia”. Pewnie w 90% parafii akt zostanie w piątek ponowiony, to fakt. Ile z tego zostanie? Drugi list dotyczy spraw diecezjalnych, konkretnych (święto Eucharystii, synod, pielgrzymka diecezjalna do Rzymu, rok jubileuszowy, wydarzenia ewangelizacyjne). Nie jestem inkardynowany do tej diecezji, więc nie chce się wypowiadać na ile ważne to kwestie. Obiektywnie jednak to sprawy konkretne, dziejące się obok lub bardzo blisko. To sprawy, które mogą zainteresować. Może dlatego ten list bardziej trafia?

POST SCRIPTUM
Nie chcę (i znowu muszę to mocno podkreślić) ani przeciwstawiać sobie listów, które dane było nam przeczytać czy usłyszeć. Wystarczy wspomnieć, że Abp Ryś jest poniekąd autorem obydwu, bo przecież jako członek KEP pod tym drugim też się „podpisuje”. Nie neguje i nie chce umniejszać wartości tego pierwszego. Nie chcę też wynosić na piedestał listu pasterza łódzkiego, którego osobiście bardzo cenię za ewangeliczność. Chcę tylko zauważyć, że w tym jednym dniu mocno pokazał mi się przed oczyma bardzo zróżnicowany sposób postrzegania formy pasterzowania. Pasterz bliski i pasterzowanie formalne. Może to i za mocna i zbyt powierzchowna opinia, ale słowa nie są w stanie ująć precyzyjnie tego, co mam na myśli. To jakby dwa różne światy, dwie całkowicie inne drogi. Obie możliwe i obie pewnie przynoszące jakieś dobro, ale skrajnie różne.
Która mi bardziej odpowiada? A która bardziej odpowiada czytelnikom?

Bohaterska Babcia i pogubiona dziewczyna? Ja dziękuje i Tej i Tej!


Wczoraj późnym wieczorem, a z całym rozpędem dziś, media społecznościowe obiegły film i zdjęcia z wydarzenia pod jednym z sądów stołecznych. Młoda aktywistka LGBT (tęczowa na pierwszy rzut oka) i „beretowa” babcia klęczą na wprost siebie w geście miłosnego przytulenia. Film promowany przez strony narodowo – katolickie obrał narrację, której się spodziewałem. „Zło dobrem zwyciężaj” – przekaz piękny. Wszystko w nurcie myślenia: głupia młoda dziewczyna zszokowana miłością Ewangelii… A ja? Jestem księdzem i dziękuje także tej młodej dziewczynie. Nie zawahała się i otworzyła serce na MIŁOŚĆ PONAD PODZIAŁAMI. Tylko dlatego mogło dokonać się to spotkanie, które pokazuje nam znacznie więcej.

Myślę, że nie odkrywam Ameryki pisząc, że przyszło nam żyć w Polsce bardzo podzielonej. Za piosenką Kultu można by wyśpiewywać, co jeszcze jest w tym naszym ojczystym bagienku podzielone. W opisanej przeze mnie wyżej sytuacji podział też wydaje się oczywisty: katolibowe babcie z różańcami i agresją pod pachą oraz agresywna, tęczowa aktywistka z wulgaryzmami na ustach. I to już rodzi się pierwszy problem. Jak ten podział jest dla nas oczywisty! Jak mocno pozwoliliśmy sobie pozamykać się w swoich okopach, zabarykadować się w tych podziałach, które (jak się okazuje) nie potrafią wytrzymać jednego: spotkania człowieka z człowiekiem w imię miłości.

Nie jestem zwolennikiem ani jednej ani drugiej strony tego „oczywistego podziału”. Za dużo już widziałem w życiu. Wiem jak trudne i różnorodne jest środowisko pewnego katolickiego radia. Radia słucham. Lubię się tam modlić. Pewnej części radiowego środowiska zwyczajnie jednak zaakceptować nie mogę. Osobiście pamiętam sytuację, kiedy jeszcze jako kleryk wyszedłem z kościoła po spotkaniu tego środowiska na Mszy św. i otrzymałem do ręki malutką karteczkę z wierszem, który przerażał. „Ojciec Tadeusz jak Prometeusz…” – pamiętam tylko te pierwsze słowa. To nie moja bajka. I piszę to jako człowiek Kościoła, ksiądz. Widziałem też wiele bezpodstawnej agresji osób, związanych z szeroko pojętym aktywnym środowiskiem LGBT+. Bezpodstawnej, bo skierowanej w moją stronę tylko dlatego, że jestem księdzem (więc na pewno zaraz nad takimi osobami będę odprawiał egzorcyzmy i wbijał im kołki w serce na znak rozpoczętej inkwizycji). Chcę zaznaczyć, że i jedna i druga strona „oczywistego podziału” ma różne barwy. I może, gdyby nie wiara w Jezusa to od razu bez problemowo wpisałbym się w narrację, z jaką zmontowany został ten filmik, pokazujący tą scenę spod sądu. Wpisałbym się w podział. A ta starsza Pani z filmiku mocno podkreśliła: „Widzę Polskę podzieloną i jest mi strasznie przykro”. Mi także.

Dlatego chcę podziękować za to spotkanie, które dokonało się spontanicznie na chodniku pod sądem. Dziękuje tej starszej Pani, że nie dała się wmanewrować w agresywną narrację, która o osobach w tęczowych kolorach każe myśleć jak najgorzej. Dziękuję, że potrafiła podejść, uklęknąć, powiedzieć „biedne dziecko”, zapłakać i powiedzieć, że kocham! Dziękuje! Jeszcze bardziej dziękuję tej młodej dziewczynie (21 lat!), która została wychowana w świecie pełnym podziałów, nauczona od młodu, że tylko walka przynosi rezultat. Dziękuje, że potrafiła wznieść się ponad podziały (mogła przecież różnie zareagować), uklękła także, też powiedziała, że kocha. Na naszych oczach ukazała się Ewangelia! To jest wiara, to jest Chrystus, to jest Dobra Nowina i to jest to, co Kościół powinien uznawać nieustannie za swoją tożsamość. Kochać! Ponad podziałami. Tak bardzo pragnę takiego Kościoła i chciałbym, żeby ten filmik obejrzeli dziś wszyscy, którzy Kościołem się zowią, za Kościół się uważają. Obejrzeli go jednak ze zrozumieniem. Tu Ewangelię głosiła ta starsza Pani i ta młoda aktywistka! Obie zachowały się w tym jednym krótkim momencie ewangelicznie.

Teraz myślę, że jednak źle napisałem! Ta młoda dziewczyna nie mogła zachować się inaczej? Dlaczego? Bo w obliczu Miłości, czystej i autentycznej – wszyscy jesteśmy tacy sami. Miłość jest uniwersalna. W obliczu miłości wszyscy nagle odzieramy się z naszych masek, naszych schematycznych zachowań. Wszyscy nagle zapominamy o podziałach i jesteśmy na powrót ludźmi. Czyste człowieczeństwo. I to jest chyba punkt wyjścia, który trzeba nam osiągnąć, by coś w Polsce i w Kościele zaczęło się prawdziwie zmieniać. Pod jednym z internetowych komentarzy do tej sytuacji ktoś napisał: „To jest normalność, która powinna się dziać. Normalność spotkania człowieka z człowiekiem. Nikt nie jest zamknięty na normalność, ale tej normalności brakuje”. Podpisuje się pod tym całym sercem.

Ja w tej scenie pod warszawskim sądem widzę czystą Ewangelię. Widzę Jezusa, który ponad podziałami i nie zważając na głupie myśli uczniów, rozmawia przy studni ze Samarytanką. Widzę św. Piotra, który w Dziejach Apostolskich wchodzi do domu pogańskiego. Widzę św. Pawła, który na Areopagu głosi Miłość. Widzę prawdziwy Kościół.
I nie jest istotne czy ta starsza pani zrobiła to bez zastanowienia czy z całego wewnętrznego przekonania. I nie jest istotne w tym momencie czy ta dziewczyna się nawróci (tak chce prezentowana narracja). W tym konkretnym momencie, w tej jednej chwili Chrystus uklęknął pod sądem w Warszawie w obu tych kobietach. Ich postawa pokazała też jak bardzo wszyscy pragniemy pokoju i życia w kraju bez podziałów.

Jestem poruszony. Ten wpis jest emocjonalny. Tak mocno jednak pragnę takiej Polski i takiego Kościoła. I modlę się by tak się stało. Amen – niech się stanie!

Błogosławiony Prymas wyzwaniem!?

„Biskupi przesunęli beatyfikację Wyszyńskiego, bo wiedzą, że gdy się odbędzie, to trzeba będzie zacząć go naśladować” – usłyszałem kilka tygodni temu z ust pewnego człowieka podczas jednej z kurtuazyjnych rozmów przykościelnych. I choć terminu beatyfikacji Sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia nie przesunęli wcale biskupi to trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, że wyniesienie tego Pasterza do chwały ołtarzy wiąże się z nie lada wyzwaniem i zadaniem na wiele lat dla Kościoła w Polsce.

Postać kardynała Wyszyńskiego od wielu lat budziła moje żywe zainteresowanie. Nie pamiętam skąd się ono wzięło, ale jego wielkość jest na tyle przyciągająca, że przeczytałem wiele książek na jego temat i tych, zawierających jego nauczanie. Czy znam je doskonale? Na pewno nie, bo to niewyczerpujące się źródło inspiracji. Myślę jednak, że nawet pobieżne zaznajomienie się z życiem i podstawowym przesłaniem wielkiego Prymasa Tysiąclecia pozwala wnioskować, że jego beatyfikacja stawia nas – ludzi Kościoła (piszę jako ksiądz, ale nie ważne jaką rolę w tym Kościele spełniamy) przed wielkim zadaniem. Kościół w myśleniu i wizji kard. Wyszyńskiego jest bowiem bardzo wymagający i niestety bardzo odległy od tego, czego dziś w Kościele możemy doświadczyć.

Może ktoś zarzucić, że nie da się porównać Kościoła Polskiego czasów PRL do dzisiejszej rzeczywistości. Wtedy Kościół poniekąd spełniał inną rolę – był ostoją patriotyzmu, polskości, antykomunizmu. Dziś nie ma wroga w postaci antyreligijnej utopii socjalistycznej, dziś nie ma aresztowań biskupów i księży, dziś nikt nie zakazuje kultu publicznego. I faktycznie, jeśliby tylko powierzchownie porównywać, to zarzut byłby słuszny. Inne realia społeczne były wtedy, inne są dziś. Kościół jednak ten sam! Kościół Chrystusowy, oparty na i głoszący Ewangelię Bożą, z misją prowadzenia dusz do zbawienia. Bo choć często kard. Wyszyńskiego kojarzymy z przywództwem na arenie walki z komunizmem (bo bronił wartości przed tym systemem) to jednak jego wizja Kościoła była właśnie taka. Kilka cech „Kościoła wg Wyszyńskiego” wydaje mi się na tyle istotnych, że powrót do nich (a może odkrycie ich na nowo) może być doskonałą podpowiedzią dla Kościoła postpendemicznego czasu. Poniżej wymienione cechy i ich bardzo fragmentaryczne omówienie jest zaledwie zarysowaniem tematu do dalszej dyskusji, co chcę mocno podkreślić.

CECHA 1: WIARYGODNI, SILNI PASTERZE
To charakterystyczność Kościoła tamtych czasów. Prymas Tysiąclecia był niekwestionowanym interrexem. Da mihi animas… Otrzymał i rządził. W wymiarze moralnym przede wszystkim. Ci, którzy mogli zetknąć się z jego osobą osobiście wspominają jak wielkim autorytetem się odznaczał. Autorytet nie do podważenia. Cała działalność Episkopatu w tamtym czasie oscylowała wokół osoby Prymasa. Źle na tym Kościół nie wyszedł. I ktoś może zarzucić, że dziś czasy nie te, że Kościół stał się bardziej pluralistyczny i nie można wracać do tamtych schematów, które były odpowiednie na tamte a nie nasze czasy. Jedno jest jednak pewne, że nigdy potem Episkopat Polski nie odznaczał się taką jednością w działaniu i myśleniu. Było to widać „na dole” w sukcesywnej realizacji ogólnopolskich programów duszpasterskich (z różnymi oczywiście wynikami), w odbiorze przez Lud Boży i w postrzeganiu przez całe społeczeństwo (bo nie tylko Boży Lud – czyli Kościół wchodził w grę). Kardynał był zawsze ostatnią instancją decyzji, ale swoją postawą potrafił zbudować wspólny front działa na rzecz Kościoła. Dziś rzadko kto nie ma wrażenia, że jest całkowicie inaczej.

CECHA 2: MARYJNOŚĆ BEZ DEWOCJI
Wielu ludzi, nawet badaczy historii Kościoła, zarzuca kardynałowi Wyszyńskiemu mariologię maksymalistyczną, czyli takie spojrzenie na rolę i znaczenie Maryi w planie zbawienia, które odbiera miejsca samemu Jezusowi Chrystusowi. Faktycznie Prymas był mocno związany z pobożnością maryjną i taką propagował. Trzeba jednak jasno zaznaczyć, że nie była to dewocja, polegająca na klepaniu litanii i różańca, poparta peregrynacją Obrazu i masowymi pielgrzymkami do miejsc maryjnych. Było to i jest nadal (do wykorzystania!) przepastne objętościowo studium maryjności, z uzasadnieniem takie wywyższenia roli Maryi. Choć w odbiorze często postrzegane jako budowane na emocjach to jednak bardzo przemyślane prowadzenie duszpasterstwa Kościoła w Polsce drogą Niepokalanej, poparte dogmatycznie, biblijnie i historycznie. Komplementarność tego nauczania zdumiewa. I jest do obronienia. Zaskoczyłem się bardzo, kiedy ostatnio czytałem biografię ks. Blachnickiego (autorstwa p. Terlikowskiego) i dostrzegłem tak samo głęboką analizę maryjności, przebijającą w działaniu i myśleniu założyciela Ruchu Światło – Życie. Wnioski podobne. Kościół w Polsce będzie maryjny albo nie będzie go wcale. Myśl warta zaznaczenia.

CECHA 3: KOMPLEMENTARNOŚĆ WIZJI
To co najbardziej zdumiewa w postawie, działaniu i myśleniu Prymasa Tysiąclecia – całościowa wizja Kościoła. On rozumiał, że tylko budowanie Kościoła na wszystkich frontach jednocześnie przyniesie określone rezultaty. W swoim pasterzowaniu nie skupiał się tylko na szczególnych obszarach duszpasterstwa (bo w tym czuł się dobrze, a tamtego nie tykał). Widział Kościół we wszystkich jego wymiarach. Miał to wszystko bardzo logicznie poukładane. Największym tego przejawem jest chociażby fakt łączności, niesamowitego przenikania się i wzajemnego uzupełniania (równoległego rozwoju) trzech wielkich inicjatyw Prymasa: Odnowienia Ślubów Jasnogórskich, Peregrynacji Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej i Wielkiej Nowenny Tysiąclecia. Każde z tych wydarzeń analizowane osobno jest niepełne, nie do zrozumienia. Jedno wynikało z drugiego, bo wizja była całościowa. Dziś w Kościele (duszpasterze ale nie tylko) starają się jak mogą, ciągnąc jednocześnie kilka srok za ogon z różnym, często miernym, rezultatem. Brakuje w tym jakiegoś fundamentu, jakiejś myśli i wizji przewodniej. I może nie czas by wymyślać i tworzyć na nowo, a czas powrócić do już sprawdzonych i komplementarnych pomysłów.

CECHA 4: WALKA Z WADAMI
Z wadami, które jeśli w sobie zauważał, to zwalczał (zacząć od siebie!!). Z wadami, o których Prymas zawsze mówił wprost. I nie bał się odbioru. Z wadami, na które zawsze dawał jakąś receptę. I oczywiście pierwsza nasuwa się tutaj wizja walki z alkoholizmem (zresztą również zauważona przez wspomnianego Blachnickiego), ale chodziło tutaj o wiele innych wad: Kościoła (a czy dziś tych wad nie zauważamy?), człowieka czy Ojczyzny. Kiedy rozmawia się ze świeckimi to często zwracają uwagę, że czują się w Kościele „zagłaskani”. Bo jakoś wygodniej nie dotykać spraw trudnych, wstydliwych, bo jakoś prościej o przypominanie o Miłości Bożej bez wskazywania wymagań. I takie (łatwe do zauważania) błędne myślenie, że jak będziemy się uśmiechać to ludzi w Kościele będzie coraz więcej. I troszkę wstyd, że muszą przypominać to świeccy, że jakość jest w cenie. Jakość a nie miałkość.

CECHA 5: PRZEDE WSZYSTKIM CZŁOWIEK
Bo relacja Boga z CZŁOWIEKIEM była dla Prymasa najważniejsza. „Człowiek jest najważniejszą na świecie istotą, jest swego rodzaju centrum, ku któremu powinny się kierować wszystkie sprawy ziemskie”. I to dalszego komentarza nie wymaga.

Za kilka miesięcy Prymas Tysiąclecia będzie ogłoszony błogosławionym. Stanie się dla Kościoła w Polsce wielkim orędownikiem, patronem wielu spraw i wspomożycielem w odbieraniu łaski Bożej. Czy do tego czasu zdąży na powrót stać się naszym nauczycielem?
Chciałbym.

Po lekturze Specjalnego Zeszytu… Niesmacznie

Jestem po lekturze pięknie zatytułowanego i nawet znośnie wydanego Zeszytu Specjalnego do programu duszpasterskiego Kościoła katolickiego w Polsce „Duszpasterstwo w czasie pandemii”. Lekturę podjąłem po tym jak Internet rozszalał się w opiniach na temat niektórych artykułów, zawartych w tej nieocenionej pomocy duszpasterskiej (można tu wyczuć ironię). Lektura pozostawiła niesmak.

Muszę być obiektywny. Cieszę się, że zeszyt specjalny powstał. To oznacza, że KEP (który przecież podpisuje się niejako pod publikacją, skoro to oficjalne materiały duszpasterskie) nie przechodzi obojętnie wobec problematyki pandemii i tego jak zwykły, szary ksiądz (do takich się zaliczam) ma w tym wszystkim się odnaleźć. Doceniam niektóre artykuły, szczególnie ten z wypisanymi po kolei wszystkimi popularnymi narzędziami do pracy w przestrzeni Internetu (jedno „ale”, że musiałem je odkryć wcześniej sam, troszkę za późno z tym artykułem, proszę KEPu). Doceniam także próbę podjęcia oceny powstałych w związku z całą epidemią problemów duszpasterskich (gratulacje dla autorów). Nie mogę jednak się zgodzić na obecny w niektórych tekstach krytycyzm tego, co w tym czasie w Kościele w Polsce się działo (szczególnie w formach online). I nie chodzi tutaj o samą słuszność opinii. Nie chcę polemizować z wybitnymi autorami na temat tego czy rację mają czy też nie. Daleki jestem także od osobistej oceny niektórych „duszpasterskich ruchów i przedsięwzięć”. Nie mogę jednak wobec tego krytycyzmu przejść obojętnie z jednego powodu. Wiele bowiem w Internecie katolickim się dzieje (liczne rekolekcje, liczne konferencje, mnóstwo streamingów modlitewnych, etc.) i może faktycznie nie zawsze jest to „teologicznie” poukładane. Pytanie jednak mam jedno: co główny pomysłodawca Zeszytu dodatkowego dał w zamian? Co sam zaproponował? Co – napiszmy to wprost – w czasie pandemii zrobili Biskupi (na szczęście są chlubne wyjątki) i z jakimi propozycjami wyszli do swoich wiernych?

Bo łatwo krytykować. Napisać w tekście, że dwóch świeckich panów obrało złą formę przybliżenia ludzi do Maryi, że – o zgrozo! – dwóch świeckich ludzi błędnie interpretuje teologię i historię zbawienia. Prosto napisać, że przecież wszystkim duszpasterzom internetowym chodzi tylko o lans i próżną sławę. Można nawet z wielką swadą skrytykować ogromne skupienie się na prywatnych objawieniach (to chyba naturalne, że w katastrofalnych czasach ludzie czytają katastrofalne wizje?) czy zanegować przeakcentowanie obecności Maryi w duchowości człowieka. Można to wszystko. Pióro (w tym przypadku klawiatura) przyjmie dosłownie wszystko. Tylko znowu mam nieodparte wrażenie, że na krytyce się kończy! Znowu nie w zamian. Nie jestem zwolennikiem żadnego z opisanych w artykule ks. Sawy nurtów. Nie promuje ich w swoich mediach społecznościowych. Po pierwszej książce ks. Chmielewskiego odpuściłem sobie jego wizje i styl myślenia, na byłego ks. Natanka nigdy nawet nie spojrzałem (choć śmieszny był tekst sprzed lat o pomalowanych na czarno paznokciach), zdziwiła i zaskoczyła mnie informacja o suspensie o. Pelanowskiego, którym swego czasu zachwycała się połowa moich braci kleryków w seminarium, bo nigdy nie było mi z nim po drodze. Nie rozumiem pewnych, faktycznie trywialnych skojarzeń o. Szustaka, które serwuje w swoich Wstawakach (bo ilość ofiar pożartych przez rekiny w minionym roku nic nie wniosła do mojego życia) i naprawdę nie chce dywagować nad tym czy oni wszyscy robią to dla kasy lub sławy (że zacytuję: „Najbardziej rzuca się w oczy celebryctwo. Dzięki internetowi kaznodzieje stali się wszechobecni i wszechwiedzący. Nie ma miejsca, do którego by nie dotarli ze swoim przekazem, i nie ma tematu, na którym by się nie znali. Wielu z nich już dzisiaj osiągnęło status celebrytów. W sieci nie tylko głoszą rekolekcje, nauczają, ale także uczą gotowania i promują gry. Często ich medialne projekty bywają szumnie określane mianem ewangelizacji, niejednokrotnie jednak nie mają z nią wiele wspólnego”). Jedno jest pewne: ONI WSZYSCY COŚ ROBIĄ, IM SIĘ CHCE. Jedni bardziej znośnie, drudzy bardziej nieudolnie, ale robią.

I nie ważne po której stronie barykady jesteś (bo w Zeszycie dostało się i trydenciarzom i liberałom), nie ważne w którym z tych nurtów się odnajdujesz, kiedy czytasz ten zeszyt otrzymujesz komunikat: unikaj tych wszystkich „internetowych inicjatyw”. I może nawet chciałbym być posłuszny. I może nawet mógłbym unikać, tylko co zaproponowano mi (jako księdzu, który materiałów i inspiracji duszpasterskich na czas pandemii potrzebuje), co zaproponowano wiernym w zamian? Absolutnie nic. Dzięki Bogu za transmisje z codziennej Eucharystii abpa Rysia, które kaznodziejstwo jest inspiracją dla wielu; dzięki Bogu za rekolekcje bpa Galbasa, które swego czasu można było usłyszeć, ale poza tym cisza! I pustka!
Nie dziwmy się więc i księżom i wiernym świeckim, że w tym trudnym duchowo czasie radzą sobie jak mogą. Tworzą swoje może i nieudolne dzieła, które znajdują odbiorców. Buduję swoje duchowe przestrzenie internetowe bo są (bo jesteśmy!) głodni Boga. Po prostu. I może faktycznie, jak zarzuca w swoim zeszytowym artykule ks. Artemiuk, jest w tym wszystkim jakaś uproszczona duchowość i emocjonalne nadmierne przywiązywanie do siebie, ale czy ktoś do tych wszystkich autorów wyciągnął pomocną dłoń? Czy ktoś na czas koryguje ich błędy (nie dla skrytykowania, ale z autentycznej chęci pomocy), czy ktoś „tam z góry” szuka różnych form pomocy by te wszystkie inicjatywy udoskonalić a nie zlikwidować i zniszczyć? Mam wrażenie, że nie. Z jednym wnioskiem się zgadzam. Ks. Sawa w swoim artykule napisał: „Daje się bowiem zauważyć fakt, że zasadniczo Kościół, na różnych poziomach, jedynie reaguje na zaistniałe kontrowersje w społeczeństwie, niewłaściwe poglądy czy postawy, choć i tak niejednokrotnie ta reakcja jest spóźniona lub nieadekwatna. Tymczasem konieczne byłoby nadawanie odpowiedniego tonu, a przede wszystkim tematyki prowadzonych w społeczeństwie dyskusji. Patrząc od innej strony, można stwierdzić, że brakuje odpowiedniego wsłuchiwania się w głos ludzi, ich myślenie i oczekiwania.” Może po prostu czas by Kościół hierarchiczny zaczął to robić na serio (mam w tym temacie pretensje także do samego siebie dla jasności).

I niestety mam też wrażenie, że na „Zeszycie dodatkowym” się skończy. Chcieliśmy pomocy na czas pandemii? Oto proszę – mamy! Przynajmniej ładnie wydana:) I jak w dyskusji na ten temat wyraził się mój jeden kolega ksiądz: „Wszyscy wkoło winni – tylko nie ich brak decyzyjności”. O mores, o tempores!
Bałagan myślowy w tym co napisałem ogromny – ale emocji we mnie sporo.
I idźmy dalej robić swoje! Może nie idealnie teologicznie, psychologicznie, socjologicznie, ale róbmy – bo Pan Bóg z każdego – nawet najbardziej popękanego naczynia – może ulepić coś pięknego! W to wierzę. A wszyscy ci mądrzejsi i ważniejsi (bo nikomu nie ujmuje tych cech) niech pomogą, by to co już jest, stawało się lepsze, a to co jeszcze w głowach tych szalonych internetowych ewangelizatorów (lub nie ewangelizatorów jak kto woli), rodziło się jako odpowiednie! Wszystkie ręce na pokład?

Nie ma tradycyjnej kolędy! O kryzysie kościoła kapłańskiego

Pandemia wirusa z koroną przewartościowała świat. Zmienia się na naszych oczach dosłownie wszystko. Jak na dłoni widać, że nie byliśmy przygotowani do pandemii, która wpłynęła na każdą dziedzinę ludzkiego życia. Teleporady lekarskie i wszechobecne maseczki stały się symbolem roku 2020r. Kościół także, w miarę swoich możliwości, próbuje odnaleźć się w tym pandemicznym świecie. Wychodzi mu to raz lepiej, raz gorzej. Transmisje internetowe i wzmożona aktywność parafii w Internecie to na pewno symboliczne i pozytywne przejawy tych zmian. Lista umiejętności lub bezradności w dostosowaniu się do norm sanitarnych mogłaby być długa. Najgorsze jednak, że nie będzie kolędy… O zgrozo!

Ostatnio natknąłem się na artykuł p. Terlikowskiego, który jasno wskazywał, że obecna sytuacja w Kościele w Polsce oznacza koniec pewnej epoki (epoki Wyszyńskiego, Jana Pawła II i ks. Blachnickiego). Trzeba autorowi przyznać rację. Faktycznie obecne pokolenia dzieci i młodzieży te historyczne i wielkie dla Kościoła polskiego postacie wkładają już raczej między półki z podręcznikami do historii. Nie ma się co dziwić. Już moje pokolenie jest tym, które pamięta schorowanego św. Jana Pawła II, z pełnym bólu wyrazem twarzy, pozdrawiającym ludzi z okna papieskiego apartamentu. Gdyby nie formacja seminaryjna, pewnie jak większość moich znajomych, nie poznałbym wcale nauczania papieża Polaka i jego wpływu na Kościół i świat. Kard. Wyszyński, nawet dla wprawionych seminarzystów i księży XXI wieku jest też raczej symbolem obozu ducha w czasach bez ducha, czasach antyreligijnego komunizmu. Mało kto sięga do jego nauczania, a szkoda. Ks. Blachnicki natomiast miał i owszem dobry program formacyjny, swego czasu przyciągał do Kościoła tłumy, a wielu z jego duchowych dzieci stanowi dziś w Kościele ogromne zaplecze duszpasterskie (cała formacja Oazy Rodzin), ale powiedzmy sobie szczerze, że 3 tygodniowe obozy religijne dla dzieci i młodzieży naszych czasów nie są już żadną atrakcją (w Egipicie all inclusive jakoś lepiej). Te czasy faktycznie minęły. Do tego pandemia, ograniczenia w ilości wiernych i utrudnienia w przeżywaniu wiary w sposób tradycyjny przeobraziły Kościół. Przeobraziły diametralnie i nawet mało bystry obserwator musi dojść do takich wniosków.

Jak w tym wszystkim odnaleźli się księża? MOCNO CHCĘ ZAZNACZYĆ, ŻE JEST TO MOJA SUBIEKTYWNA OCENA, poparta własną refleksją, kilkoma obserwacjami i dyskusjami z kolegami – duszpasterzami. Księża poradzili sobie słabo albo nie odnaleźli się w tym wcale. I wiem, że takim wnioskiem mogę zaraz podnieść wielkie larum w kręgach kościelnych, ale mam prawo do takiej oceny. Sam w początkach pandemii nie potrafiłem znaleźć dla siebie miejsca. Święta wielkanocne, które z perspektywy kapłana, przyzwyczajonego do pełnego kościoła podczas Triduum, były w jakimś sensie przerażające (choć duchowo mnie ubogaciły) stały się symbolem tego czasu. Potem każdy próbował się odnaleźć w nowej rzeczywistości (jedni ograniczyli się do absolutnego minimum, inni udawali że kompletnie nic się nie zmieniło, a ambitniejsi próbowali swoich sił w Internecie, by jakoś mieć kontakt z parafianami). I choć jak wspomniałem transmisje internetowe i profile społecznościowe parafii w mediach są absolutnym pozytywem (łatwiejszy kontakt, nowoczesność) to nieodparcie mam wrażenie, że na tym koniec. Nic więcej. I kiedy już zacząłem myśleć, że nawet starsi kapłani jakoś sobie z nową rzeczywistością zaczynają radzić, przyzwyczajając się trochę do pustych ławek z uwagi na obostrzenia, nagle cios: NIE MA KOLĘDY! I wszystko runęło!
Moim zdaniem właśnie brak klasycznie rozumianej wizyty duszpasterskiej jest przełomem: i w rzeczywistości Kościoła i w mentalności księży. Nie chodzi już o same skutki tak postawionej sprawy (dla jasności – innego wyjścia nie było). Chodzi o zmianę perspektywy na przyszłość. Kolęda – wizyta księdza u parafian – była na pewno ostatnim bastionem „starego porządku” Kościoła w Polsce. Ksiądz pojawiający się w naszych domach raz do roku był już ugruntowaną tradycją i pewnego rodzaju symbolem naszego udziału w życiu Kościoła (tragiczne, ale tak było). I wiem, że od lat ta kwestia ulegała zmianom, a ilość osób, które ochoczo i z entuzjazmem reagowała na „Przybieżeli do Betlejem” w swoich drzwiach, malała. Nie można jednak zaprzeczyć, że takim symbolem Kościoła wizyta duszpasterska była. Dziś jej nie ma. I można się trudzić, zapraszając parafian na wspólną modlitwę do Kościoła (co jest piękne i wymowne, bo pokazuje, że o modlitwę tutaj chodzi), ale swoim zasięgiem już nie będzie tym samym. Problem jest. Bo nie przygotowaliśmy ludzi na taką zmianę i sami jako duchowni nie jesteśmy przygotowani. Przerażać powinien fakt, że ludzie nie mają w świadomości, że kolęda – czyli spotkanie z kapłanem – może odbyć się właśnie w formie wspólnej modlitwy w kościele (tak pięknej i potrzebnej). Przeraża fakt, że wielu podchodzi do tematu jakby już go nie było (nie trzeba prasować obrusa i kupować świeczek oraz zastanawiać się czy woda święcona jest gazowana czy nie). Przeraża, bo nikt na to nie był gotowy. Ani z jednej ani z drugiej strony. Przeraża kapłanów, bo nagle styczeń stał się jakimś czasem biernym. Przeraża duszpasterzy, bo (powiedzmy wprost) pieniędzy będzie mniej, i to nie tylko tych w portfelu osobistym, ale i w puli parafialnej (jak wiele można było z tych kopertowych wpływów zrobić). Przeraża, bo – to chyba najtrudniejsze – skoro jeden raz mogło kolędy nie być, to po co wpuszczać księdza za rok. Mam wrażenie, że większość parafii swoje diecezjalne wskazania biskupie zastosowała bez większej refleksji. I nie dlatego, że do tej refleksji nie jesteśmy zdolni, ale że boimy się wniosków. Nagle „ostatni bastion starego porządku” okazał się niepotrzebnym przeżytkiem (z małymi wyjątkami – i to chcę mocno podkreślić!)? Pytanie rzucam w świat. Może ktoś sobie na nie odpowie. Ja też próbuję. Pocieszenie budzi fakt, że wielu spośród moich młodych kapłańskich kolegów (mam tylko niecałe 6 lat kapłaństwa) już dawno wyzuło się ze złudzeń o wartości tych 3minutowych spotkań (bo przecież na dłuższe spotkania czasu na prawdę nie było). I że w większości wszyscy myśleliśmy o tym, by podjąć jakąś próbę reorganizacji lub chociaż ulepszenia tego – potrzebnego jakże – spotkania. Boję się tylko, że nieco starszym kapłanom świat się zawalił lub zawali w lutym… i mogę się na nowo nie odnaleźć. I że odbiorcy tego wielkiego przedsięwzięcia duszpasterskiego już innej formy nie zaakceptują.
Luźna to refleksja. Może nie wnosząca wiele, a może ukazująca bardzo dużo. Sam nie wiem. Sam robię, co mogę, by odnaleźć siebie i innych w nowej rzeczywistości Kościoła. Raz wydaje mi się, że odnoszę sukces. Następnym razem widzę same porażki. Coś robić trzeba, bo fundament jest niezmienny – wiara w Chrystusa i otwarcie na Jego łaskę (nie ważne czy dla tłumów czy dla jednostek; czy z kolędą czy bez). Po ludzku po prostu trudniej…

WIARA W CZASACH WIRUSA Z KORONĄ

Przyszły wreszcie piękne, słoneczne dni. Aż chce się wyjść na spacer i zacząć obserwować budzący się do życia świat. Ostatnie dni jednak mijają pod szyldem pustki. Puste parki, puste ulice, puste restauracje i kina. Puste kościoły…. W obliczu zarazy przyszedł czas na największy egzamin z człowieczeństwa i to w każdym wymiarze: tym obywatelskim, biorąc pod uwagę odpowiedzialność wzajemnie za siebie i duchowym, bo wiara wystawiona została na największą próbę.
Jak być wierzącym w sytuacji, kiedy nawet księża apelują by w niedzielę pozostać w domu i nie przychodzić do Kościoła? Co zrobić, kiedy głównym przejawem pobożności w moim życiu była ta niedzielna Eucharystia, którą i teraz muszę sobie odpuścić? W ostatnią niedzielę, kiedy nasze kościoły świeciły pustkami w duchu braterskiej odpowiedzialności, Kościół święty podczas Eucharystii odczytywał na głos słowa samego Chrystusa: „Nadchodzi jednak godzina, nawet już jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie.” I jakkolwiek to zabrzmi przyszedł dla ludzi wierzących czas próby. Próby, która ukaże nam wartość naszej wiary i rolę, jaką Bóg odgrywa w naszym życiu. Każda taka próba może jednak być momentem łaski. Trzeba tylko odpowiednio do niej podejść. Świat, rządzący się swoimi biologicznymi prawami, zgotował nam przymusowe rekolekcje. Może warto by każdy z nich skorzystał jak najlepiej. Świat zamilknął by można wreszcie usłyszeć Boga. A Bóg pyta się dziś każdego z nas: brakuje Ci mnie? Nie widzieliśmy się w niedzielę na Eucharystii, brakło Ci czegoś w tym dniu? Czy potrafisz się ze mną spotkać w tak trudnym czasie? Co z Twoją modlitwą? Jak Twoja lektura Pisma Świętego? Jesteś wierzący czy nie? Mnóstwo tych pytań a czasu na poszukanie odpowiedzi mnóstwo. Warto podjąć wyzwanie.
Świat w dobie zarazy to także ogromna próba dla Kościoła. Kiedy biskupi ogłosili prośbę by nie przychodzić do kościołów, by zostać w domu, a państwo nałożyło ograniczenie zgromadzeń w głowach wielu wierzących pojawiło się zasadnicze pytanie. Jak to jest w końcu z Chrystusem: On uzdrawia czy nie? Bo jeśli uzdrawia, to dlaczego nie można pójść do kościoła? Co bardziej zagorzali powiedzą nawet, że tylko w Eucharystii nasza obrona i błędem jest, że teraz nie pozwala się uczestniczyć w Mszy św. Inni mogą nawet podnieść głosy oskarżenia w stronę duchowieństwa, że blokują dostęp do jedynego ratunku od zarazy. W obliczu tych wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach musimy pamiętać o jednym. Chrystus nie jest czarodziejem, który za wyciągnięciem magicznej różdżki odsunie koronawirus od każdego obecnego w kościele. Chrystus jest Bogiem, który stał się człowiekiem, a na dodatek Stworzycielem całego świata, w tym wszystkich praw natury. Procesem natury jest rozprzestrzenianie się wirusa i nie można popaść w magiczne myślenie, że Chrystus obecny w Eucharystii tym prawom nie podlega. Trzeba więc w czasie zarazy obrać nowy kurs w życiu wiary! Nie wolno od Boga się oddalać (wręcz przeciwnie: trzeba za Nim prawdziwie zatęsknić) i trzeba zacząć wielbić Go w Duchu i prawdzie, do czego sam nas zachęca. Znaleźliśmy się z Chrystusem na pustyni. I nie wolno nam tej szansy na osobiste spotkanie zmarnować. To czas na modlitwę indywidualną. Taką prawdziwą, od serca, na którą nigdy nie było czasu. To czas na docenienie Komunii świętej, do której teraz dostęp utrudniony. To czas na bycie prawdziwie świadkiem wiary w świecie, który milczy i nasłuchuje. To czas by swoją postawą innym mówić o Bogu. Jak to zrobić? Poczuć się odpowiedzialnym za siebie i innych, zadbać o zdrowie i nie pozwolić na to by skutki zarazy rozszerzały się przez nasze zachowanie. To czas na rzeczywistą realizację przykazania miłości, czyli czas dostrzeżenia drugiego i prawdziwego dzielenia się z nim miłością w Imię Boga. Czy będziemy w stanie zdać ten egzamin? Czas pokaże.

To czas próby dla życia kapłańskiego i jako ksiądz jestem tego świadomy i jednocześnie przerażony. Czy potrafię być księdzem w dobie zarazy? Czy umiem modlić się na Mszy św. patrząc na puste ławki? Czy dostrzegam, że mimo wszystko w moich rękach dzieje się ta sama Ofiara, którą dokonał Chrystus na Golgocie i która dzieje się za każdym razem, gdy „publiczność” wkoło. Ostatnia niedziela była jedną z najtrudniejszych w moim kapłańskim posługiwaniu. Niedziela pod hasłem wewnętrznego rozdarcia. Z jednej strony bowiem towarzyszyła mi wielka radość: ludzie są odpowiedzialni, wszyscy zachowali się jak trzeba. Z drugiej strony wewnętrzny płacz: tyle Komunii nie rozdanych, tylu dziś nie umocniło się Ciałem Pana. Ogromne rozdarcie. Modlitwa indywidualna też nabiera innego znaczenia. Brewiarz jakby bardziej staje się modlitwą codzienną Ludu Bożego, a adoracja służbą, obowiązkiem, bo dziś jak nie ja to kto. Mimo wszystko trudno. Bo nagle, z godziny na godzinę, moje kapłaństwo zostało obnażone niczym Chrystus przed ukrzyżowaniem. Nie ma wkoło tłumu, przed którym mogłoby się pokazać. Nie ma tych, którym mogłoby zaimponować, nie ma publiki, która przyklaśnie za piękne kazanie i powie: „dobrze, że ksiądz jest!”. Jestem z tym największym darem od Boga by trwać na modlitwie za tych, których wkoło nie ma, by sprawować Najświętszą Ofiarę i karmić się Ciałem Pana za tych, którzy czynią to duchowo. Jestem, mając w uszach słowa Chrystusa wypisane na moim prymicyjnym obrazku: „Odwagi. Nie bójcie się. Ja Jestem”. Choć tak trudno…

List kapłana do Kościoła XXI wieku

Kościele Święty, Matko i Opoko moja!

Wzniosły to nagłówek listu. Nieprzystający wręcz do naszych czasów. Jesteś jednak dla mnie Kościele i Matką i Opoką. Matką, bo w Tobie rozwijam się i pragnę dalej to robić. Matką, bo do Ciebie mogę się uciekać w każdej potrzebie. Matką, bo wymagasz ode mnie czasami niemożliwego, choć wiem, że to wszystko z miłości. Matką, bo potrafisz postawić na swoim, a ja muszę się podporządkować. Matką, bo kochasz mnie a ja Ciebie nad życie. Matką, bo jestem Twoim synem – synem Kościoła świętego, któremu pragnę służyć całe moje życie. Opoką wreszcie, bo wiem, że jeśli zaufam Kościołowi nic mną nie zachwieje, nie potknę się, podążając drogą mojego kapłaństwa. Opoką, która pozwala twardo stanąć na ziemi i oprzeć się pokusom i niebezpieczeństwom tego świata. Dziękuje Ci za to, choć polonistka w liceum powtarzała by na początku listy ani nie pozdrawiać ani nie dziękować.

Jak bardzo zaskakujesz mnie mój Kościele! I to z taką częstotliwością, której nigdy bym się nie spodziewał. Zmieniasz się na moich oczach. Ja zmieniam się razem z Tobą, choć mam wrażenie, że często po prostu nie nadążam za tymi zmianami. Zaskoczenie jest cennym zjawiskiem w miłości. Potrafi bowiem motywować, każe być czujnym i nieustannie pamiętać. Zaskoczenie przypomina by cały czas być na straży tego uczucia, którym Cię Kościele darzę. Zaskoczenie bywa jednak trudne tym, że jest niespodziewane. Jakże często ostatnio jest tak, że już zaczynam łapać, gdzie jestem, w czym się poruszam i co mam robić, by nagle wszystko zmieniło się jak w mgnieniu oka. Nie jestem do tego przyzwyczajony, Kościele. I myślę, że w moim kraju nie jestem w tym jedyny. Kiedy zaczynałem Kościele święty nasze wspólne życie na serio, przyjmując sakrament święceń było zupełnie inaczej. Miałem wrażenie, że wszystko teraz jest w moim życiu takie poukładane. I będzie pod tym względem tylko lepiej. Niezachwiana doktryna, której nic nie mogło przecież zmienić. Niezastąpiona tradycja, pomagająca zachować tożsamość. Pewne już utarte schematy, które choć bywały bardzo nieudolne, wlewały w serce kapłańskie tak bardzo oczekiwany pokój. Wszystko wydawało się być takie stabilne. Miałem swoje miejsce na ziemi. Jak bardzo poczułem się zaskoczony, gdy grunt pod nogami zaczął się osuwać. Gdy wszystko to, co do tej pory wydawało się być niezachwiane nagle zaczęło się zmieniać… W pierwszym momencie, Matko moja, pomyślałem tak musi być. Idą nowe czasy, trzeba stawić czoło nowym wyzwaniom. Musimy się zmieniać. Ty razem z nami – kapłanami, a my razem z Tobą. Przyklaskiwałem tym zmianom. Dziś trochę się ich boję…

Boje się Kościele tego, co się teraz dzieje. Jednym z powodów mojego strachu jest pewnie dotychczasowa stabilna pozycja Twoich kapłańskich synów w moim kraju. Dobrze się nam tu żyło i nie potrafiliśmy tego częstokroć docenić. Mieliśmy szacunek wiernych, poważanie w społeczeństwie i raczej sielankowe życie pod wieloma względami. Zmieniło się to. I choć wiedziałem, że czasy „polskiego dobrobytu kapłańskiego” już dawno minęło i nie boję się iść w to nowe, to pewne niepewności się we mnie budzą. Boję się Kościele tego, że tak często dziś demotywujesz mnie w byciu Twoim kapłanem. I gdyby nie Ten, który Cię Kościele założył to wszystko nie miałoby większego sensu. Bo wbrew temu, co często krzyczy ten świat, Twoje stare schematy i Twoje nieprzystające do dzisiejszych czasów myślenie jest najczęściej Twoją siłą a nie słabością. Boję się, bo chyba zaczynamy ulegać słabościom.

Mam pretensje do Ciebie Kościele. Chcesz wiedzieć o co? Wiele tego. I nie piszę tego by po prostu wyrzucić z siebie złość. Piszę, bo autentycznie jestem zatroskany. Piszę to, bo pragnę by pewne rzeczy wreszcie zostały uregulowane, inne załatwione, jeszcze inne doprecyzowane, a Ty sam Kościele – Matko moja – się prawdziwie wykrystalizował. Mam pretensje o to, że wszystko w Tobie się rozmywa. Doktryna przestaje być niezachwianą. W Niemczech rozdaje się Komunię św. rozwodnikom i innowiercom, w Polsce nie. W jednym miejscu Twojego istnienia coś można, w drugim nie. Nie ma w tym wszystkim precyzji. Nikt nie chce mi jasno powiedzieć, co mam czynić. I pozostaje wrażenie, że przestajesz Kościele trwać na straży wartości nieprzemijających, ulegając pułapkom tego świata. Czyżbyś chciał się tak bardzo podobać współczesnym, że jesteś w stanie zrezygnować ze swojej tożsamości? Nie chcę Ciebie takiego. Mam pretensje, że będąc Skarbcem Boga samego zaczynasz Go nie zauważać. Idziesz z prądem, a nie pod prąd jak mnie sam uczyłeś. Przystajesz na bóstwa w Twoich świątyniach i kłaniasz się „rozbuchanym” problemom współczesności w imię zachowania dobrego imienia. Tak jakbyś nie umiał cierpieć, jak cierpiał Twój założyciel. Nie zawsze trzeba być z tym co modne, atrakcyjne i akceptowalne. Czasami trzeba powiedzieć nie. Mam do Ciebie pretensje, że nie umiesz powiedzieć prawdy. Za często masz z tym problem. Nie stawiasz jasnych tez, nie podajesz argumentów. Chcesz wiele przemilczeć albo załagodzić. Jestem młody i może nie wiele wiem. Może brak mi doświadczenia, ale przecież to w Tobie usłyszałem, że tylko prawda nas wyzwoli, nieprawdaż? To czemu milczysz, gdy pytają Cię o najstraszniejsze zbrodnie Twoich kapłańskich synów? To czemu nie mówisz jak naprawdę było? I to dwustronnie. Nie tylko wtedy, kiedy wina jest udowodniona. Czemu nie przywracasz dobrego imienia tym, którzy na to zasługują, a wprost nie potępiasz tych, którzy powinni ponieść słuszne konsekwencje. Czemu popadasz w tani populizm, robiąc pod publiczkę wszystko by nikt do niczego nie doczepił, tym samym nie rozwiązując żadnych problemów? Czemu mówisz: nie rób tego czy tamtego, bo tak będzie bezpiecznie, lepiej dla mnie, łatwiej, choć dobrze wiesz, że nie taka jest droga rozwiązania problemu? Czemu się nie odzywasz, kiedy Twoi rzekomi obrońcy pragną obalić wszystko, co stanowi Twój fundament? Mam pretensje, bo naprawdę oczekuję, że czasami jako Kościół trzaśniesz ręką w stół i powiesz: dość. Dość takiego traktowania, dość takiego mówienia o Tobie, ale i dość brudu, niejasności i pokrętnych elementów w Tobie? Mam pretensje….

Mam także pretensje do siebie… Że się boję walczyć o Kościół, który kocham. Że brakuje mi sił do stawania w Jego obronie, ale i krytyki, gdy na to zasługuje. Mam pretensje do siebie … Za każdym razem, kiedy jeden z moich braci upada – mam pretensje, że nie uchroniłem go przed upadkiem. Za każdym razem, kiedy po upadku nie umie powiedzieć: to ja i moja wina, mam pretensje, że pierwszy nie wskazuje palcem. Za każdym razem, gdy kolejny Twój syn kapłański porzuca swoje dotychczasowe życie, bo nie wytrzymuje, bo nie chce dalej żyć w takiej presji i w takim bałaganie (niekoniecznie brudzie) mam pretensje, że go nie uratowałem. Za każdym razem, kiedy upadam ja…. (bo upadam, choć nieustannie powstaję) mam pretensje. Dosłownie jakbym myślał, że ktoś mi obiecał, iż będzie łatwo… Mam pretensje do siebie, że czasami nie chce mi się powstać z moich upadków albo za późno je zauważam.

Modlę się za Ciebie Kościele i pragnę tylko jednego: byś Ty sobą umacniał mnie. Po prostu. Tylko tyle i aż tyle…

Z wyrazami synowskiej miłości,
Twój Syn – kapłan.

Za słabi księża na ciężkie czasy?

Wczoraj kolejny młody ksiądz odebrał sobie życie. Kilka miesięcy temu ksiądz z kilkuletnim stażem kapłaństwa porzucił sutannę. Kolejny młody duchowny leczy się na depresje… My księża jesteśmy coraz słabsi, a czasy coraz trudniejsze. Diagnoza czy hipoteza? Jeśli fakt, to gdzie szukać przyczyn i rozwiązań.

1. CZASY CORAZ TRUDNIEJSZE.
Obiektywnie trzeba stwierdzić, że skończyła się polska sielanka dla duchowieństwa. I nie chcę być źle zrozumianym, bo piszę to jako ksiądz: nie ma w tym nic złego. Dziś ksiądz, jak każdy inny, musi sobie zapracować na szacunek w oczach ludzi. Nie jest on darem w pakiecie ze święceniami. Skończyły się czasy stawiania księży na piedestałach tylko dlatego, że księżmi są. Dziś jak na dłoni widać, w której parafii ksiądz dobrze pracuje i zbiera obfite plony, a gdzie dzieje się źle. Dziś ludzie już się nie patyczkują. Jeśli coś im nie odpowiada to mówią o tym wprost albo przynajmniej anonimowo hejtują w Internecie. Jest reakcja na wszystkie problemy duchowieństwa. I dobrze. Kiedy słyszę o tych potwornych zbrodniach dokonywanych przez moich braci w kapłaństwie to sam mam ochotę rozprawić się z nimi w ciemnym zaułku ulicy, mną też targają emocje i wzrasta moja frustracja. Obiektywnie dla księży czasy trudniejsze. Dziś nie wystarcza bowiem księdzem się stać, by być kimś. Dziś księdzem trzeba autentycznie być. Jest to bardzo mobilizujące, ale nie dla wszystkich łatwe.

2. WSZYSCY DO JEDNEGO WORKA.
Czasy są trudniejsze nie tylko dlatego, że zniknął pewien etos księdza jako księdza. Ciemnych kart historii za wiele by ciągle oszukiwać się, że jest idealnie. Czasy trudne także dlatego, że jak to bywa w sytuacjach trudnych, wszyscy jesteśmy wrzucani do jednego worka. Wystarczy, że któryś „z twoich braci” nawywija w okolicy (gwoli ścisłości: obiektywnie ocenić, osądzić i ukarać jeśli trzeba), a to Ty jesteś zaraz kobieciarzem, dzieciorobem albo pedofilem. I rozumiem pewną zbiorową odpowiedzialność, bo wszyscy jesteśmy powołani by strzec świętości kapłaństwa. Nie widzę też sensu by krzyczeć, że to nie ja i to nie moja wina; że jestem inny, czyli normalny. Czasami jednak, kiedy człowiek nie ze swojej winy zostaje postawiony pod ścianą i nie ma nawet prawa wypowiedzieć słowa w swojej obronie (bo atak anonimowy lub wprost z przejeżdżającego obok samochodu), po prostu się odechciewa.

3. OBIEKTYWNE PROBLEMY – SUBIEKTYWNE ODCZUCIA.
Nie chcę tutaj dyskutować o problemach współczesnego duchowieństwa. Faktycznie za wiele w nas pychy, za dużo w nas egoizmu, materializmu i za wiele zła moralnego czynionego dłońmi kapłana. O faktach się nie dyskutuje i nie temu służy ta refleksja. Wrzucenie do jednego worka niesie jednak za sobą konkretne konsekwencje. Nagle ten, który naprawdę się stara uświęcić siebie i innych uważany jest za tego, który niszczy Kościół od środka (bo przecież wszyscy jesteśmy tacy sami), a to jest trudne do zniesienia. W tej całej ogólnej ocenie (coraz bardziej nieobiektywnej i agresywnej) jest bowiem jeszcze kwestia jednostki. Pojedynczego księdza, który może poczuć się niesprawiedliwie osądzony. I nie chce tutaj robić z siebie czy moich prawych kolegów „ofiar systemu”. Chcę dostrzec problem, że wielu przyzwoitych pozostaje często samotnych w przysłowiowej walce z wiatrakami.

4. WIDZIMY, ŻE NIE JEST DOBRZE.
Myślę, że musi to dobrze wybrzmieć. Jestem młodym księdzem (4 rok kapłaństwa), jeszcze może tak wiele nie doświadczyłem, ale potrafię obiektywnie spojrzeć na świat i jestem pewien, że wielu z nas brzydzi się bagnem, które znajduje się w Kościele. Po pierwsze nie chcemy być z tym utożsamiani (a to prawie niemożliwe), po drugie na prawdę mamy ochotę z tym walczyć. Nie ma dziś chyba spotkania kapłańskiego (bynajmniej ja nie doświadczyłem), w którym nie poruszałoby się tematów trudnych z jednym wnioskiem: oczyścić, unicestwić zło, zacząć robić coś, co przyniesie zmianę na lepsze. I nie są to czcze rozmowy, choć możliwości tych na dole nikłe. Dużo modlitwy, dużo wyrzeczeń i jeszcze więcej roboty, by widzieli, że zdarzają się normalni, prawi, którym chce się nieść Chrystusa w świat. To z jednej strony pocieszające, z drugiej przerażające bo choć intencja słuszna i chęci duże to możliwości bardzo, bardzo mało.

5. WIDZIMY, ŻE JESTEŚMY SŁABI.
Najwięksi herosi przestają dawać radę. Bo choć robisz swoje najlepiej jak potrafisz to i tak dostajesz w twarz jednym komentarzem o koledze zza płota i tak tobie przykleją łatkę, więc powoli zaczynasz mieć dość. I tu wariantów jest wiele. Uciekasz w jeszcze więcej roboty (stając się w końcu robotem do pracy duszpasterskiej bez wewnętrznego ducha) by nie myśleć. Nie robisz nic (bo tak bezpieczniej). Zamykasz się w sobie (bo każde spotkanie to potencjalny powód by cię oczernić) lub uciekasz w pasje („skupię się na czymś innym”). Najtragiczniejsze, że każdy wariant to po prostu forma ucieczki od problemu i oznaka ogromnej słabości.

6. SŁABOŚĆ NASZYCH CZASÓW.
Słaba odporność psychiczna dzisiejszych duchownych to nie tylko problem tej grupy społecznej. Wiem, że ogólnie dziś ludzie są słabsi. Psycholodzy mają więcej pracy, coraz częściej słyszy się o depresji, a i samobójstw też jakby więcej. Czasy mamy tak szybkie, tak wymagające, że ludzie wymiękają. Skoro ksiądz z ludu wzięty to i dla nas te problemy nie są obce. Wsparcia jakby tylko mniej (bo rodziców martwić nie chcesz, rodziny własnej nie masz, a kolega który ewentualnie by zrozumiał też ma kryzys).

7. PROBLEM W FORMACJI?
Wydaje mi się, że duży problem tkwi w formacji przyszłych duchownych. Brak przygotowania na problemy współczesnego świata. Nie chce tutaj nikomu dawać wskazówek. Są ode mnie mądrzejsi, którzy mają nawet prawo i sposobność by o tym decydować. Mogę tylko snuć refleksje: może większe otwarcie seminarzystów na świat?, może mniej alienacji, może więcej konfrontacji z prawdziwymi problemami, może mniej mówienia o wyjątkowości kapłaństwa w kontekście pozycji duchownego, może więcej kopania w ziemi i pracy fizycznej, która pokazuje, że jesteś zwykłym facetem, może mniej filozofii, a więcej psychologii… Dużo tych może. Jedno jest pewne, że coś w formacji kapłańskiej nie dorasta do dzisiejszych trudnych czasów. Seminaria nadal (moim zdaniem) produkują zbyt dużą liczbę (bo nie wszystkich!) zakochanych w sobie klerykałów. I z pełną świadomością biorę odpowiedzialność za tą tezę. Znam dokumenty o formacji. Dużo w trakcie własnej nasłuchałem się o tym, że ma kilka płaszczyzn. Ludzka, duchowa, duszpasterska, intelektualna. Wszystko pięknie i ładnie, choć w praktyce się rozmywa… niestety…

8. PROBLEM WE WSPÓLNOCIE?
Problemem na pewno jest także to, że kapłani diecezjalni są na prawdę sami. Sami ze swoimi problemami (dlatego zawsze jak „coś wyskoczy” jest dla pozostałych wielkim zaskoczeniem), sami w życiu (i nie neguje tutaj wartości celibatu, bo jest moim zdaniem piękny i potrzebny), sami w świecie kapłańskim (bo coraz trudniej o wspólnotę kapłańską. Księży jest coraz mniej, parafii coraz więcej. Wielkie wikariaty niegdyś wypełnione po brzegi dziś świecą pustkami. Często na parafii pracujesz Ty i twój proboszcz, z którym choć żyjesz w jak najlepszych relacjach nigdy nie porozmawiasz od serca jak z równym sobie. Zamykasz się w czterech ścianach ze swoimi problemami. Gdzie Twoi bracia? Na całe szczęście ja mogę napisać, że mam taką wspólnotę. Mój rocznik święceń jest wyjątkowy. Od 4 lat spotykamy się każdego miesiąca by być wspólnie, porozmawiać, zmierzyć się ze sobą, ocenić siebie w świetle swoich współbraci, czasami nawzajem się upomnieć i po prostu podyskutować o tym, co boli. Udaje się nam to od 4 lat i widzę, że wszyscy tego potrzebujemy. Wiem jednak, że to rzadkość. Po prostu rzadkość. I szkoda…

9. CO DALEJ?
Nie wiem. Nie jestem prorokiem i nie chce nim być. Wiem jedno. Jeśli się nic nie zmieni to powołań będzie coraz mniej, a powołani nadal coraz słabsi. Tacy, którzy będą się poddawać, będą uciekać lub nie będą robić nic… Tak potrzebne dziś oczyszczenie Kościoła musi iść równolegle z wewnętrzną reformą, która przede wszystkim da nam kapłanów na dzisiejsze czasy… Modlę się by tak było.

„Mam problem z papieżem.” – powiedział kapłan

Deklaracja papieża Franciszka i wielkiego imama Al-Azharu stała się historyczną już w momencie jej podpisania. Pierwszy taki dokument, ukazujący niejako współpracę świata znaku Krzyża i znaku Półksiężyca. Pierwszy tak wyrazisty krok w drodze do wspólnego dobra. W wielu aspektach bardzo piękna, praktyczna i potrzebna. Historyczna jednak także bo po raz kolejny uświadamiająca mi, że jako kapłan Kościoła rzymsko – katolickiego mam z papieżem Franciszkiem ogromny problem.

Pamiętam doskonale rok 2013 i ten marcowy wieczór, kiedy kard. Jorge Bergoglio wyszedł na balkon bazyliki watykańskiej by jako kolejny Namiestnik Chrystusa pokazać się światu. Zachwyt nie miał końca. Pokorna prośba o modlitwę z gestem pochylenia głowy, wybrane imię tak mocno wskazujące na potrzebę pewnej odnowy i zauważanie ubóstwa (duchowego i materialnego przecież) budziły ogromne nadzieje na ten pontyfikat. Będzie się działo, można było wtedy pomyśleć. Potem kolejne piękne gesty i słowa: słynne już „Pragnę Kościoła ubogiego i dla ubogich”, zwrócenie uwagi na tych, co na peryferiach, ogromna prostota przekazu (nie tylko słownego), dopełnione faktyczną pomocą tym, którzy jej oczekiwali (patrz działalność jałmużnika papieskiego). To na prawdę zachwycało, pobudzało do refleksji i pewnej przemiany własnego życia. Oczywiście z utęsknieniem spoglądałem w ogrody watykańskie by ujrzeć papieża seniora Benedykta, który tak wiele wniósł do Kościoła w czasie tak krótkiego pontyfikatu. Jednocześnie jednak z równą dawką emocji spoglądałem na poczynania papieża z Argentyny, które miały w sobie coś magnetycznego. Z ogromną chęcią wsłuchiwałem się w jego krótkie, ale jak bardzo chwytliwe kazania z Domu św. Marty, których sam pomysł zapachniał świeżością, otwartością i spontanicznością, które bardzo sobie cenię. Wszystko jednak do czasu…

Mam bowiem z papieżem Franciszkiem wielki problem. I wiem, że w tym spostrzeżeniu nie jestem sam. W dyskusjach kapłańskich (a bywają takie) czasami rozmawiamy na poważne tematy kościelne (o zgrozo!). I za każdym razem wybrzmiewa w nas pewnego rodzaju tęsknota za spokojem, który towarzyszył pontyfikatom czy to Jana Pawła II czy też Benedykta XVI. Człowiek żył z dnia na dzień i nic nie mogło go zaskoczyć. I nie chodzi o to, że komuś nie pasuje dynamizm pontyfikatu franciszkańskiego. To jest nawet motywujące. Papieżowi się chce to i nam musi się chcieć: wychodzić do ludzi, czerpać siły z bezpośredniego kontaktu z ludźmi, z budowania więzi bliskości. Brakuje jednak spokoju związanego z Kościołem w duchu wiary i doktryny. Niestety bowiem dynamizm papieża Franciszka wybrzmiewa także w tym aspekcie, nie zawsze w sposób odpowiedni.

Najpierw ogromne zamieszanie z adhortacją „Amoris Laetitia”. Internet zarzucony artykułami o tym, że Komunia św. dla rozwodników żyjących w nowych związkach jest dozwolona, że trzeba im dać dostęp do Najświętszego Sakramentu. Wielkie aplauzy z jednej strony (w szczególności w nurcie niemieckiej radości) i ogromne oburzenie z drugiej (bo przecież to sprzeczne z doktryną). Do tego niedomówienia, które budowały napięcie oddolnie. Słynne: „bo przecież papież Franciszek jest taki fajny, bo pozwolił” z ust świeckich parafian wybrzmiewało coraz częściej. A ty kapłanie? Jakoś sobie z tym poradź. Bo nikt dobrze nie doczyta, inny w ogóle nie zainteresuje się kwestią a będzie głośno krzyczał. I dylemat, który rodzi się w kapłańskim sercu: bo z jednej strony człowiek również chciałby wyciągnąć pomocną dłoń, dać dostęp do łaski; z drugiej strony dobrze wie, że ręce ma związane. Na dodatek burza teologiczna, wywołana dubiami, dodała pikantności całej sprawie. I znowu człowiek miał oczekiwania. Ojciec święty, mocą swojego autorytetu, jako Namiestnik Chrystusa i następca Księcia Apostołów, odpowie kardynałom, doprecyzuje to, co niejasne i sprawa sama się rozwiąże. Odpowiedzi jednak się nie doczekaliśmy…

Doczekaliśmy się natomiast odpowiedzi na pytanie jak troszczyć się światem. Matka nasza ziemia okazała się być bardzo intrygującą kwestią dla Ojca Świętego, więc „Laudato si”. Nie chce marginalizować znaczenia troski o nasz wspólny dom dla współczesnych społeczeństw. Sam zauważam ogromne znaczenie tego dokumentu. Walczymy bowiem z ociepleniem klimatu, ze smogiem, który zabija nas sukcesywnie. Trzeba o tym mówić i owszem, oczekiwałbym nawet podjęcia tej kwestii ze strony papieża. Chciałbym jednak, żeby wypłynęła ona po zamknięciu wszystkich innych, bardziej palących (dotyczących przecież ludzkiego życia i moralności) spraw. Dokument ten wybrzmiał bowiem jako niezły „zagłuszacz”. Zasłona dymna dla spraw o wiele pilniejszych. A szkoda…

Poza tym jako kapłana niepokoi mnie spontaniczność Ojca Świętego, który pewnie bez żadnych złych zamiarów, czasami wypowie coś, co niesprecyzowane budzi wiele niepokojów. Choćby ostatnia anegdota o bohaterskiej walce Benedykta XVI z problemem rozwiązłości seksualnej w pewnym zakonie. Stając niejako w obronie papieża seniora niepostrzeżenie „zaatakował” (bo tak zinterpretował to świat, w szczególności media) św. Jana Pawła II. Nikt bowiem już nie wsłuchuje się w słowa, że nie wolno się tym gorszyć bo to dłuższy proces. Wszyscy zapamiętają natomiast, że Jan Paweł II i „druga partia” ukrywali najczarniejsze karty w historii Kościoła. I tak jak napisałem nie doczytuje się tutaj żadnych złych intencji. Brakuje mi jednak precyzyjności w wypowiedziach Ojca Świętego. Tej dokładności wypowiedzi, wyważonych wniosków i spostrzeżeń, do których niejako zostaliśmy już przyzwyczajeni przez poprzedników.

I wreszcie wspomniana na początku deklaracja. Sam fakt, że Ojciec Święty odwiedził Zjednoczone Emiraty Arabskie zasługuje na ogromne brawa. To jest dialog międzyreligijny w najczystszej postaci. To pokazanie, że w świecie, który dwie wielkie religie stawia sobie niejako na dwóch różnych krańcach, nieustannie spekulując o różnicach, wzajemnych przepychankach i niezrozumieniu, gesty mówią o wiele więcej niż słowa. Widok uściśniętych ważnych przedstawicieli dwóch światów: chrześcijańskiego i islamskiego w świecie wzrastającego fanatyzmu religijnego budzi wiele nadziei. Nadziei, że będzie dobrze, że można się porozumieć i współistnieć. Sam dokument, podpisywany na oczach świata także jest ważnym sygnałem. Za gestami idą bowiem konkretne deklaracje. I kiedy czytam, że „religie nie nakłaniają do wojny oraz nie mogą wzbudzać uczuć nienawiści, wrogości, ekstremizmu, nie zachęcają do przemocy oraz przelewania krwi (a) te nieszczęścia są owocem wypaczeń w nauczaniu religijnym, są przejawem politycznego instrumentalizowania religii, ale także czasami efektem interpretacji dokonywanej przez grupy ludzi religijnych” to budzi się we mnie duma, że to mój Ojciec Święty i nadzieja na lepsze jutro. Do momentu, kiedy słyszę o pluralizmie religijnym jako woli mądrego Boga. Wtedy przypomina mi się bowiem inny dokument „Dominus Iesus”, który tak mocno podkreślał znaczenie objawienia chrześcijańskiego i który nie tylko, że był mi wpojony podczas moich studiów teologicznych, ale przyswojony moim sercem. I znów wybrzmiewa zbyt wielki dysonans. Mam więc problem z papieżem.

Chcę być dobrze zrozumiany. Kocham Ojca Świętego i w pełni wiary przyjmuje jego posługę, widząc mocno działanie Ducha Świętego. Inspiruje mnie postać papieża Franciszka, który uczy mnie szukać (w sensie dosłownym) tych, którzy na prawdę potrzebują Boga. Zachwyca mnie Franciszek, który jada posiłki z ubogimi i jest częstym gościem inicjatyw swojego jałmużnika papieskiego. Wsłuchuję się z zachwytem w papieża, który każdego dnia w Domu św. Marty tak prosto i pięknie mówi o Bogu. Czasami jednak oczekiwałbym większego wyważenia, większej ostrożności i zachowawczości w tym, co papieżowi czynić potrzeba. Tylko tyle i aż tyle…

Modląc się za Ojca Świętego i zawierzając Maryi całą jego posługę, proszę by i mi dał dar zrozumienia znaków czasu. Bo może jeszcze sam nie dojrzałem do tego pontyfikatu.

*cały tekst to subiektywna opinia i luźna refleksja.