List kapłana do Kościoła XXI wieku

Kościele Święty, Matko i Opoko moja!

Wzniosły to nagłówek listu. Nieprzystający wręcz do naszych czasów. Jesteś jednak dla mnie Kościele i Matką i Opoką. Matką, bo w Tobie rozwijam się i pragnę dalej to robić. Matką, bo do Ciebie mogę się uciekać w każdej potrzebie. Matką, bo wymagasz ode mnie czasami niemożliwego, choć wiem, że to wszystko z miłości. Matką, bo potrafisz postawić na swoim, a ja muszę się podporządkować. Matką, bo kochasz mnie a ja Ciebie nad życie. Matką, bo jestem Twoim synem – synem Kościoła świętego, któremu pragnę służyć całe moje życie. Opoką wreszcie, bo wiem, że jeśli zaufam Kościołowi nic mną nie zachwieje, nie potknę się, podążając drogą mojego kapłaństwa. Opoką, która pozwala twardo stanąć na ziemi i oprzeć się pokusom i niebezpieczeństwom tego świata. Dziękuje Ci za to, choć polonistka w liceum powtarzała by na początku listy ani nie pozdrawiać ani nie dziękować.

Jak bardzo zaskakujesz mnie mój Kościele! I to z taką częstotliwością, której nigdy bym się nie spodziewał. Zmieniasz się na moich oczach. Ja zmieniam się razem z Tobą, choć mam wrażenie, że często po prostu nie nadążam za tymi zmianami. Zaskoczenie jest cennym zjawiskiem w miłości. Potrafi bowiem motywować, każe być czujnym i nieustannie pamiętać. Zaskoczenie przypomina by cały czas być na straży tego uczucia, którym Cię Kościele darzę. Zaskoczenie bywa jednak trudne tym, że jest niespodziewane. Jakże często ostatnio jest tak, że już zaczynam łapać, gdzie jestem, w czym się poruszam i co mam robić, by nagle wszystko zmieniło się jak w mgnieniu oka. Nie jestem do tego przyzwyczajony, Kościele. I myślę, że w moim kraju nie jestem w tym jedyny. Kiedy zaczynałem Kościele święty nasze wspólne życie na serio, przyjmując sakrament święceń było zupełnie inaczej. Miałem wrażenie, że wszystko teraz jest w moim życiu takie poukładane. I będzie pod tym względem tylko lepiej. Niezachwiana doktryna, której nic nie mogło przecież zmienić. Niezastąpiona tradycja, pomagająca zachować tożsamość. Pewne już utarte schematy, które choć bywały bardzo nieudolne, wlewały w serce kapłańskie tak bardzo oczekiwany pokój. Wszystko wydawało się być takie stabilne. Miałem swoje miejsce na ziemi. Jak bardzo poczułem się zaskoczony, gdy grunt pod nogami zaczął się osuwać. Gdy wszystko to, co do tej pory wydawało się być niezachwiane nagle zaczęło się zmieniać… W pierwszym momencie, Matko moja, pomyślałem tak musi być. Idą nowe czasy, trzeba stawić czoło nowym wyzwaniom. Musimy się zmieniać. Ty razem z nami – kapłanami, a my razem z Tobą. Przyklaskiwałem tym zmianom. Dziś trochę się ich boję…

Boje się Kościele tego, co się teraz dzieje. Jednym z powodów mojego strachu jest pewnie dotychczasowa stabilna pozycja Twoich kapłańskich synów w moim kraju. Dobrze się nam tu żyło i nie potrafiliśmy tego częstokroć docenić. Mieliśmy szacunek wiernych, poważanie w społeczeństwie i raczej sielankowe życie pod wieloma względami. Zmieniło się to. I choć wiedziałem, że czasy „polskiego dobrobytu kapłańskiego” już dawno minęło i nie boję się iść w to nowe, to pewne niepewności się we mnie budzą. Boję się Kościele tego, że tak często dziś demotywujesz mnie w byciu Twoim kapłanem. I gdyby nie Ten, który Cię Kościele założył to wszystko nie miałoby większego sensu. Bo wbrew temu, co często krzyczy ten świat, Twoje stare schematy i Twoje nieprzystające do dzisiejszych czasów myślenie jest najczęściej Twoją siłą a nie słabością. Boję się, bo chyba zaczynamy ulegać słabościom.

Mam pretensje do Ciebie Kościele. Chcesz wiedzieć o co? Wiele tego. I nie piszę tego by po prostu wyrzucić z siebie złość. Piszę, bo autentycznie jestem zatroskany. Piszę to, bo pragnę by pewne rzeczy wreszcie zostały uregulowane, inne załatwione, jeszcze inne doprecyzowane, a Ty sam Kościele – Matko moja – się prawdziwie wykrystalizował. Mam pretensje o to, że wszystko w Tobie się rozmywa. Doktryna przestaje być niezachwianą. W Niemczech rozdaje się Komunię św. rozwodnikom i innowiercom, w Polsce nie. W jednym miejscu Twojego istnienia coś można, w drugim nie. Nie ma w tym wszystkim precyzji. Nikt nie chce mi jasno powiedzieć, co mam czynić. I pozostaje wrażenie, że przestajesz Kościele trwać na straży wartości nieprzemijających, ulegając pułapkom tego świata. Czyżbyś chciał się tak bardzo podobać współczesnym, że jesteś w stanie zrezygnować ze swojej tożsamości? Nie chcę Ciebie takiego. Mam pretensje, że będąc Skarbcem Boga samego zaczynasz Go nie zauważać. Idziesz z prądem, a nie pod prąd jak mnie sam uczyłeś. Przystajesz na bóstwa w Twoich świątyniach i kłaniasz się „rozbuchanym” problemom współczesności w imię zachowania dobrego imienia. Tak jakbyś nie umiał cierpieć, jak cierpiał Twój założyciel. Nie zawsze trzeba być z tym co modne, atrakcyjne i akceptowalne. Czasami trzeba powiedzieć nie. Mam do Ciebie pretensje, że nie umiesz powiedzieć prawdy. Za często masz z tym problem. Nie stawiasz jasnych tez, nie podajesz argumentów. Chcesz wiele przemilczeć albo załagodzić. Jestem młody i może nie wiele wiem. Może brak mi doświadczenia, ale przecież to w Tobie usłyszałem, że tylko prawda nas wyzwoli, nieprawdaż? To czemu milczysz, gdy pytają Cię o najstraszniejsze zbrodnie Twoich kapłańskich synów? To czemu nie mówisz jak naprawdę było? I to dwustronnie. Nie tylko wtedy, kiedy wina jest udowodniona. Czemu nie przywracasz dobrego imienia tym, którzy na to zasługują, a wprost nie potępiasz tych, którzy powinni ponieść słuszne konsekwencje. Czemu popadasz w tani populizm, robiąc pod publiczkę wszystko by nikt do niczego nie doczepił, tym samym nie rozwiązując żadnych problemów? Czemu mówisz: nie rób tego czy tamtego, bo tak będzie bezpiecznie, lepiej dla mnie, łatwiej, choć dobrze wiesz, że nie taka jest droga rozwiązania problemu? Czemu się nie odzywasz, kiedy Twoi rzekomi obrońcy pragną obalić wszystko, co stanowi Twój fundament? Mam pretensje, bo naprawdę oczekuję, że czasami jako Kościół trzaśniesz ręką w stół i powiesz: dość. Dość takiego traktowania, dość takiego mówienia o Tobie, ale i dość brudu, niejasności i pokrętnych elementów w Tobie? Mam pretensje….

Mam także pretensje do siebie… Że się boję walczyć o Kościół, który kocham. Że brakuje mi sił do stawania w Jego obronie, ale i krytyki, gdy na to zasługuje. Mam pretensje do siebie … Za każdym razem, kiedy jeden z moich braci upada – mam pretensje, że nie uchroniłem go przed upadkiem. Za każdym razem, kiedy po upadku nie umie powiedzieć: to ja i moja wina, mam pretensje, że pierwszy nie wskazuje palcem. Za każdym razem, gdy kolejny Twój syn kapłański porzuca swoje dotychczasowe życie, bo nie wytrzymuje, bo nie chce dalej żyć w takiej presji i w takim bałaganie (niekoniecznie brudzie) mam pretensje, że go nie uratowałem. Za każdym razem, kiedy upadam ja…. (bo upadam, choć nieustannie powstaję) mam pretensje. Dosłownie jakbym myślał, że ktoś mi obiecał, iż będzie łatwo… Mam pretensje do siebie, że czasami nie chce mi się powstać z moich upadków albo za późno je zauważam.

Modlę się za Ciebie Kościele i pragnę tylko jednego: byś Ty sobą umacniał mnie. Po prostu. Tylko tyle i aż tyle…

Z wyrazami synowskiej miłości,
Twój Syn – kapłan.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *