Nie bawisz się – nie żyjesz?

Nie bawisz się – nie żyjesz. To hasło, które przewodzi jednej ze stacji telewizyjnych, a które zauważyłem dopiero dziś. We mnie osobiście budzi to wielkie przerażenie. Łatwy chwyt marketingowy czy doniosłe hasło hedonistów? A może zwyczajnie sygnał, że coś jest chyba nie tak.

Dla lepszego zrozumienia przekazu muszę na samym początku podkreślić, że nie jestem stetryczałym emerytem, któremu przeszkadza wszelki przejaw młodości. Mam 23 lata. Wnioskuję więc, że mieszczę się jeszcze w przedziale „młodzieżowym” (choć chyba granica ta sukcesywnie się obniża). Muszę także dodać, że wyrażam opinię tylko na bazie moich prywatnych, subiektywnych obserwacji i nie pragnę przedstawiać obrazu całej polskiej młodzieży XXI wieku. Bo o młodzieży będzie mowa.

Ostatnio miałem okazję przebywać przez dłuższy czas z ludźmi młodymi, młodszymi ode mnie. Najpierw rekolekcje dla osób niepełnosprawnych a następnie kolonie nad morzem. Odebrałem dwa skrajnie różne, choć w niektórych momentach zazębiające się obrazy. Z jednej strony bowiem spotkałem wielu młodych, wspaniałych ludzi, pełnych empatii i pięknych uczuć. Widziałem jak gimnazjaliści (o zgrozo!) pielęgnowali osoby niepełnosprawne, jak otwarcie potrafili z nimi rozmawiać, jak bardzo tych czysto ludzkich relacji byli głodni i jak ten głód zaspokajali. Z drugiej jednak strony uderzył we mnie obraz młodych osób, żyjących tylko muzyką, rozrywką i Internetem. Gimnazjaliści, którzy nie potrafią oderwać się od mp3, mp4 i innego typu odtwarzaczy muzycznych, cały czas zagłuszający swój świat, zatroskani tylko o to czy ktoś zadał mi pytanie na ask’u i czy kiedyś stanę się „internetowym famem” (nawet nie wiem jak to się pisze). Dla mnie osobiście? Szok. Nie liczą się piękne przyjaźnie, prawdziwe przeżycia…. Nie interesował ich nawet wschód czy zachód słońca nad morzem, bo zdjęcia z tego można zobaczyć w Internecie, więc po co wstawać wcześniej. Młodzi ludzie, dla których hasło: „Nie bawisz się – nie żyjesz” stało się życiową dewizą. Tylko na czym miałoby polegać takie życie? I jak długo można tak „żyć”? Czy świat wyzuty z wartości, świat bez prawdziwych relacji i uczuć (bo rozmawiać „w realu” jest coraz trudniej; lepiej przez komunikator internetowy), bez spotkania z drugim, często także zagubionym, ale także przez to pięknym człowiekiem… Czy to ma jakiś sens? Dla mnie osobiście nie… I zastanawiam się nad przyczynami takiej postawy. Czy winni są rodzice, którzy sami wyzuci z uczuć i odpowiednich postaw nie mają niczego do zaoferowania tym młodym, poszukującym? Czy winne są media, które karmią nas samą rozrywką, tematami lekkimi, gdzie nawet w informacjach słyszy się o narodzonym wielbłądzie w jednym z polskich ZOO? Czy brak autorytetów, także ze strony Kościoła, brak kogoś, kto uderzy w stół pięścią i powie, że tak dalej być nie może? Czy to wina systemu edukacji, który godziny historii skraca do minimum, bo dziś modnym jest być „obywatelem świata”? A może to zwyczajnie brak ludzkiej odporności na pędzący świat, na nowinki technologiczne, na globalizację? Sam nie wiem.

Na domiar złego te moje mieszane spostrzeżenia zbiegły się z artykułem o Ince – z okazji kolejnej rocznicy jej śmierci. „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba” – ostatnie słowa przed pójściem na niesłuszną śmierć za wolność Ojczyzny…. I zastanawiam się tylko ilu ze współczesnych, XXIwiecznych „młodych” – „internetowych” gotowych byłoby na takie poświęcenie, na taki heroizm, który Ince wydawał się oczywistym? Ilu?

I czy w tej kolejce stanąłbym i ja?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *